Myślę więc wierzę? - Marek Kmieć

Zastanówmy się nad tym, czy powyższe stwierdzenie odpowiada prawdzie, a może to wszystko jedno, w jakiej kolejności ułożymy te słowa? Na samym początku chciałbym stwierdzić rzecz oczywistą dotyczącą metody, jaką będziemy się posługiwali w naszej krótkiej dyspucie.

Pytanie, które rozważamy, to: Czy myślenie prowadzi do wiary, czy raczej wiara do poprawnego myślenia? W jaki sposób odpowiemy na to pytanie natychmiast zaklasyfikuje nas do grupy, która będzie posuwała się albo torem Tomasza z Akwinu, albo torem Augustyna i Reformacji.

Kiedy ktoś mówi: "Myślę więc wierzę", manifestuje następujące założenia:

1. Niewierzący (myślący, ale jeszcze nie wierzący) ma otwarty umysł, jest neutralny i obiektywny w swoim rozumowaniu i rozumuje w praktycznie właściwy sposób. Tak więc jedyny jego problem (jak to sam zresztą przyznaje) to brak informacji, które pozwoliłyby mu w obiektywny sposób uwierzyć. Po prostu dotychczas niewierzący nie zetknął się z bezwzględnie jednoznacznymi dowodami na to, że Bóg istnieje- ale jego umysł jest najzupełniej otwarty, dlatego chętnie chciałby usłyszeć argumenty Chrześcijanina. Co więcej twierdzi on, że nie jest z góry uprzedzony co do końcowego rezultatu jego rozumowania, i że jest ono w gruncie rzeczy poprawne.

2. Niewierzący jest w stanie dotrzeć przy pomocy swojego umysłu (wyżej zdefiniowanego) do pewnych częściowych prawd na końcu swojego rozumowania.

3. Niewierzący jest w stanie zinterpretować tj. nadać znaczenie światu (w całości lub w części) w praktycznie poprawny sposób bez pomocy Bożej (Biblii).

Jest wiele innych rzeczy, o których można by wspomnieć, lecz na razie poprzestańmy na tych trzech. Co zatem mówi Biblia na temat tych trzech punktów? Zacznijmy po kolei:

1. Biblia jasno stwierdza, że niewierzący nie jest neutralny, ale w każdym momencie swojego rozumowania wypływa na wierzch jego zaciekły bunt przeciwko Bogu. Niewierzący jest opisany jako umarły, niewolnik grzechu i szatana, oszukujący siebie i oszukiwany, głupi (nie oznacza to niewinnej ignorancji, ale ignorancja wynikła z buntu), ślepy, wrogo nastawiony i uprzedzony do Boga od samego początku, nie potrafiący zrobić niczego dobrego, tłumiący prawdę: Efez. 2:1-3; Rodz. 2:16,17; Kol. 2:13; 2 Tym. 2:25,26; Tyt. 3:3; Efez. 4:17-19; Rzym. 8:6-8; 1 Kor. 2:14; Kol. 1:21; Jana 3:19; Mat. 7:18; Rzym. 1:18-23, itd. Nie wiem jak wy, ale je nie nazwałbym tego obiektywną neutralnością. Nic więc dziwnego, że boga, którego odkrywają tak rozumując, można tylko nazwać bałwanem na ludzki obraz, a nie prawdziwym Bogiem. Tak więc problemem niewierzącego nie jest brak informacji (Biblia mówi, że ma jej więcej niż jest w stanie stłumić), ale wrogie usposobienie. Nie ma więc mowy o obiektywnym podejściu do dowodów. Na przykład tzw. metoda naukowa od samego początku wyklucza możliwość nadprzyrodzonych wyjaśnień. Na jakiej podstawie to robi? Na pewno to nie wynika z samej zasady metody naukowej, ale wyłącznie na podstawie ślepego etycznego uprzedzenia do Boga.

2. Podobnie i ten punkt nie znajduje biblijnego potwierdzenia. Rzym. 1, Psalm 14 i 19 oraz wiele podobnych urywków jasno stwierdza, że pełna prawda dotycząca Boga jest jasno i obiektywnie oczywista od samego początku rozumowania. Pełna prawda dotycząca Boga jest obiektywnie widoczna i może być postrzegana od samego początku, dlatego niewierzący nie ma nic na swoje usprawiedliwienie, jeżeli od samego początku jego reakcją na to świadectwo nie jest poddanie się i uznanie Boga. Tak więc, zgodnie z Biblią, niewierzący zawsze źle podchodzi do dowodów, jeżeli prowadzą go one do częściowego poddania się Bogu (np. stwierdzenia: Bóg najprawdopodobniej istnieje) na końcu rozumowania; raczej niż pełnego poddania się Bogu już na samym początku.

3. Na podstawie poprzednich 2 punktów ten powinien już być oczywistą sprawą. Ponieważ to jest Boży świat, a człowiek jest wrogi Bogu i ślepy, dlatego nie jest on w stanie zinterpretować jakiejkolwiek części tego świata bez Boga, a tym bardziej samego Boga. Jeżeli ktoś ma wątpliwości powinien udać się do wielkich filozofów i zobaczyć, czy którykolwiek z nich stworzył system, który byłby dla nich samych satysfakcjonujący. Wspomnę tylko Davida Huma czy też Bertranda Russella. Słusznie powiedział Nietzche, że filozofowie najbardziej boją się bycia zrozumianymi, a nie niezrozumianymi. Tylko wiara w Boga, który objawił siebie w Biblii daje nam podstawę nie tylko pod to, aby Go poznać, ale aby mieć podstawę pod jakiekolwiek inne poznanie. Więcej można by było powiedzieć na ten temat, pamiętajmy jednak o tym, że od pierwszych rodziców nie było wymagane, by sami poznali właściwości drzewa poznania, raczej mieli się oni podporządkować Bożemu poznaniu (i to właśnie stanowiło prawdziwe poznanie). Wzięli oni na siebie interpretację drzewa odrzucając jednocześnie Bożą interpretację. Rezultat okazał się fałszywy, sprzeczny i śmiercionośny (Rodz. 3:6; Kol. 2:3; Ps. 119:99,105 itp.).

Tak więc stwierdzenie "myślę, więc wierzę" prowadzi do błędnego pojęcia człowieka, Boga i samej wiary. Wiara staje się ślepa i irracjonalna. Dlatego (w takim układzie) mają rację niewierzący, którzy mówią, że nie chcą uwierzyć w Jezusa, aby nie stracić rozumu. To jednak nie jest prawdą. Jako Chrześcijanie musimy odejść od błędnego założenia Kartezjusza o człowieku jako punkcie odniesienia (jedynej pewnej rzeczy). Powinniśmy nawoływać niewierzącego do wiary po to, aby właśnie odzyskał swój rozum! Popatrzmy na Kol. 2:3 czy też 1 Kor. 1:19,20. Ci, którzy uwierzyli zostali odnowieni ku poznaniu (Kol. 3:10).

Powinniśmy używać z modlitwą prawdziwych argumentów z różnych dziedzin życia, które rozpoznają prawdziwy stan rzeczy (o którym pisałem), a Bóg, poprzez swojego Ducha, użyje ich według swojej woli (2 Tym. 2:25). Bóg używa prawdy i argumentów (czasami nawet naszych złych argumentów), aby przyprowadzić ludzi do poznania Siebie- zawsze jednak wiara w Niego poprzedza prawdziwe (właściwe) myślenie, a nie na odwrót.

Czy samo wzięcie na siebie decyzji czy Bóg istnieje nie już jest daniem negatywnej odpowiedzi na to pytanie? Jeżeli taki Bóg, który objawił siebie w Biblii istnieje, to mamy wierzyć Jego Słowu dlatego, że to jest Jego Słowo. Wtedy dopiero odzyskamy nasz rozum, gdy zaczniemy interpretować Boży świat za Bogiem. Nie bez przyczyny Biblia mówi: "Początkiem mądrości jest bojaźń Pana, a poznanie Świętego - to rozum" (Przyp. 9:10).

Dlatego chciałbym (za Augustynem) zasugerować inne hasło, które moim zdaniem o wiele lepiej odpowiada przesłaniu Biblii: Credo et intelligo (Wierzę, więc myślę).