Gdzie są ci wszyscy mężczyźni? - Bogumił Jarmulak

"Głoś kazania dla kobiet, a pozyskasz kobiety. Głoś kazania dla mężczyzn, a pozyskasz mężczyzn, kobiety i dzieci." - Steve M. Schlissel, pastor Messiah's Covenant Community Church w Nowym Jorku.

O trafności powyższego stwierdzenia nietrudno się przekonać. W zasadzie wszyscy to wiemy. Wystarczy spojrzeć na współczesny kościół, by dostrzec, że religia jest sprawą kobiet. Czy tak powinno być, to inna sprawa. Trudno jednak zaprzeczyć, że o religii najwięcej rozmawiają kobiety. One też najczęściej się modlą i zabierają głos w dyskusjach. Mężczyźni nawet jeśli są obecni, to milczą lub rozmawiają w swoim gronie (czy o sprawach religii?). Po oddaniu pola kobietom, trudno jest wołać o zachowanie urzędu starszego dla mężczyzn. Takie wołanie wygląda najczęściej na męski szowinizm, zwłaszcza kiedy mężczyźni nie chcą wziąć na siebie odpowiedzialności za zbory. Tym bardziej komplikuje to sytuację i skłania do chorych rozwiązań.

Trochę historii

Kościół rzymskokatolicki przyzwyczaił nas do tego, że najważniejszą grupą w kościele jest hierarchia - niezbędna, by odprawić liturgię. Nie można mówić o kościele bez hierarchii, choć do wyobrażenia jest kościół bez laikatu. Takie postawienie sprawy spycha laikat do roli widza, który, choć ważny, to jednak nie jest niezbędny. To kapłan odprawia liturgię za i dla ludu. Podobnie jest z doktryną. Zwykli ludzie nie mają "badać Pismo, czy tak się sprawy mają", lecz wierzyć w to, co poda im Urząd Nauczycielski, który ma monopol na interpretowanie Pisma Świętego. A skoro wszystko podane jest laikatowi na tacy, to nic dziwnego, że ten laikat czuje się mało istotny w kościele. A dzieje się tak tym bardziej, że hierarchia nie jest odpowiedzialna za swoje postępowanie przed zgromadzonym ludem Bożym. Przeciętnemu człowiekowi brakuje zatem bodźców do aktywnego zaangażowania się w życie kościoła, gdyż wszystko co istotne w religii czyni za niego ktoś inny. Nic zatem dziwnego, że nawet jeśli mężczyzna idzie do kościoła, to najczęściej ze względu na swoją żonę lub matkę, a religia coraz częściej kojarzona jest z kobietami.

Nasza rzeczywistość

Ten problem dotyczy nie tylko kościoła rzymskokatolickiego, lecz również protestanckiego, w którym coraz bardziej religia przestaje być sprawą przekonań, a staje się sprawą uczuć. Jezus już nie mieszka na ołtarzu, lecz w naszych sercach. Doktrynalne nauczanie zastąpiły sentymentalne śpiewy. To, co się liczy, to już nie znajomość Pisma, lecz duchowe przeżycie. Schodzimy się razem nie po to, by poznawać Biblię i szukać sposobów zastosowania jej w codziennym życiu, lecz by rozmawiać o naszych uczuciach. Czyż nie jest to sygnał dla mężczyzn, że religia jest sprawą kobiet?

Coś jeszcze pogłębiło kryzys. Naturalna skłonność mężczyzn do lenistwa została wzmocniona przez powstanie państwa opiekuńczego, które zobowiązało się do troski o wszystkie potrzeby wszystkich obywateli przez wszystkie dni ich życia. Nie zrabowało ono naszej wolności. Raczej sami ją sprzedaliśmy za obietnice często bez pokrycia, byleby ktoś zdjął z nas odpowiedzialność za naszą przyszłość, nasze żony i dzieci. Wolimy wycofać się i pozwolić, by ktoś inny wykonał naszą pracę.

To samo obserwujemy w zborach. Lubimy dyskutować na zebraniach członkowskich, lecz na ogół pozwalamy "profesjonalistom" prowadzić zbór. Wystarczy spojrzeć, w jakim trybie zazwyczaj pozyskuje się nowego pastora. Najczęściej jest to import z innej części Polski. Ktoś przywieziony w teczce lub zaproszony przez specjalnie powołany do tego komitet. Najlepiej "po seminarium", "ekspert w sprawach wiary". A gdzie są wszyscy miejscowi mężczyźni? Czy nie ma wśród nich nikogo, kto nadawałby się na starszego? A może pastor bał się konkurencji i skutecznie studził zapał każdego chętnego do nauczania i kierowania zborem?

Lekcja Reformacji

Reformatorzy kościoła oddali władzę ludowi. Kiedy okazało się, że kler nie jest niezbędny do sprawowania liturgii, do zamieniania chleba w ciało, a wina w krew i reprezentowaniu ludu przed Bogiem, władza w kościele została rozdzielona według biblijnych standardów. Głowa rodziny ponownie zyskała na znaczeniu. Katechizacja, dzięki upowszechnieniu druku, stała się powszechną praktyką w domach rodzinnych. Ojciec został odpowiedzialny za nauczanie dzieci biblijnych doktryn i pobożnego życia. Wzrosła również jego rola w zborze, gdzie stał się jednym z zarządzających. Wielu z nich objęło urząd starszego. Nikogo nie dziwił chłop-teolog. Zgromadzony lud słuchał z przejęciem głoszonego Słowa, będąc świadom odpowiedzialności przed Bogiem za wyznawane przekonania, swoje rodziny i zbór.

Pismo określa kościół jako zgromadzenie wiernych. Są w nim przywódcy, ale ich zadaniem jest służba i zachowanie porządku. Nie są panami nad kościołem, ale sługami. Kościół nie istnieje dla nich, ale oni dla kościoła. Ich zadaniem nie jest tworzenie nowego prawa, lecz nauczanie i egzekwowanie prawa nadanego przez Boga. Nie mają uzależniać wiernych od siebie, lecz prowadzić ich ku dojrzałości, o której nie może być mowy bez podejmowania decyzji za siebie. To znaczy m.in., że starsi nie mogą (nie wolno im nawet tego próbować) zastąpić dzieciom ojców i tym samym pozbawić ojców części władzy i odpowiedzialności, jaką Bóg na nich złożył. Wszelka taka próba byłaby uzurpacją władzy rodzicielskiej (tyranią) i kultywowaniem chorych stosunków w społeczeństwie.

Zadanie domowe

Zniewieściały kościół, w którym mężczyźni stanowią tylko ozdobę, w wielu miejscach jest już faktem, a nie tylko groźbą. Jest to kościół, w którym rządzą biskupi (lub pastorzy zachowujący się jak biskupi), a aktywną część stanowią kobiety. Każde następne pokolenie czyni jeszcze większe spustoszenie - chłopcy nie zachęceni przykładem ojców opuszczają kościół, a zostają same dziewczęta. By ratować sytuację, musimy powrócić do biblijnego modelu rodziny i kościoła, gdzie ojciec jako głowa rodziny zajmuje należyte miejsce. I jest to zadanie chyba głównie dla mężczyzn, bo to ich lenistwo i oddanie pola przypieczętowało chory układ.

Nie chodzi o walkę o władzę w kościele. Wszelka władza ustanowiona przez Boga ma charakter służebny, a nie dyktatorski. Chodzi raczej o pracę u podstaw, w rodzinach, gdzie dziewczęta i chłopcy będą widziały ojca przejętego wyznawaną przez niego religią, modlącego się, czytającego Pismo, nauczającego je doktryn i biblijnej historii, rozmawiającego o Bogu z innym mężczyznami ze zboru. To samo należałoby powiedzieć o kształtowaniu w dzieciach właściwej postawy w odniesieniu do małżeństwa, pracy, życia w społeczeństwie. Najwłaściwszym miejscem ku temu jest dom, któremu kościół ma pomagać, a nie przejmować zadania.

Przede wszystkim jest to apel o ponowne przyjęcie odpowiedzialności, którą wiele lat temu złożyliśmy na kimś innym - pastorze, żonie, władzy państwowej. O ile to od nas zależy, winniśmy (pastorzy, starsi) oddać tę władzę, którą bezprawnie przejęliśmy od ojców, sami stanowiąc przykład tych, którzy "dobrze rządzą własnym domem". Bez zreformowanych domów nie będzie reformacji w zborach i kraju.