Kto wychowuje nasze dzieci? - Paweł Bartosik

Chrześcijańska edukacja

Chrześcijanie wierzą, że jednym z zadań, jakie Bóóg nałożył na rodziców, jest wychowanie własnych dzieci w bojaźni Bożej (Ef 6:4). Dotyczy to w szczególności przekazywania właściwego obrazu Boga jako autora Biblii jak i całego stworzenia, a wraz z tym właściwego modelu pobożności opartego na posłuszeństwie i serdecznym oddaniu Chrystusowi. W równym stopniu dotyczy to sfery edukacji. Tak, jednym z zadań rodziców jest ochraniać swoje dzieci (szczególnie gdy nie są zdolne jeszcze samodzielnie rozeznać, co jest prawdą, a co nie) przed błędnym (niechrześcijańskim) spojrzeniem na świat.

Z Bożego Słowa możemy się nauczyć, że Bóg stworzył człowieka dla własnej chwały, aby ten poznawał świat, w którym Jahwe go umiejscowił, ulepszał go poprzez swoją pracę i czynił sobie ziemię poddaną. To wszystko ma jednak czynić w Boży (a nie dowolny, określony przez siebie) sposób.

Płynie stąd prosty wniosek, że jednym z zadań rodziców jest wyposażanie i pomaganie dzieciom w realizacji tego zadania (1 Mojż 1:26-28). Bóg dał chrześcijańskim rodzicom przykazanie: „Słuchaj Izraelu! Pan jest , Pan jedynie! Będziesz tedy miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej siły swojej. Niechaj słowa te, które ja ci dziś nakazuję, będą w twoim sercu. Będziesz je wpajał w twoich synów i będziesz o nich mówił, przebywając w swoim domu, idąc drogą, kładąc się i wstając." (5 Mojż 6:4-7). Zauważmy więc, że to właśnie na rodzicach spoczywa ów obowiązek, nie zaś na innych instytucjach, które co prawda mogą wyposażać i zachęcać rodziców do wypełnienia ich powołania, lecz nie są w stanie i nie powinny rościć prawa do zastępowania rodziców w ich zadaniach.

Biblia uczy, że kiedy Bóg nas zbawił to uratował nas nie tylko od kary wiecznego potępienia, ale również odkupił nas z naszej „mądrości" (która w istocie była głupotą) i pustego myślenia. Jednym z zadań rodziców jest więc wzywanie i zachęcanie własnych dzieci do „poddania każdej myśli w posłuszeństwo Chrystusowi" (2 Kor 10:5) „w którym ukryte są wszelkie skarby mądrości i poznania (Kol 2:3)" oraz nauczania ich, jak wielkie to ma zastosowanie w różnych dziedzinach i sferach ich życia. Pismo uczy, że tylko wtedy, gdy staną się prawdziwymi uczniami Chrystusa, poznają prawdę i radość płynącą z prawdziwej wolności (Jan 8:31-32).

Nie może być neutralności w nauczaniu. Kiedy uczymy młodego człowieka o świecie, w którym żyjemy, nie ucząc jednocześnie, że jest Bóg, który stworzył ten świat, podtrzymuje go Słowem swojej mocy i prowadzi ku celom przez siebie wyznaczonym – to uczymy go ignorować Boga, bez którego nawet najprostsze działanie matematyczne jest niemożliwe do wykonania.

Współcześni prorocy

Czy chcemy tego czy nie, dzieci i młodzież z naszych zborów codziennie pobierają porady, nauki duszpasterskie i pedagogiczne. Jednakże coraz rzadziej słyszą je od nas (rodziców i przywódców z kościoła), a coraz częściej na korytarzu szkolnym, przed monitorem komputera, ekranem telewizora lub z głośnika magnetofonu. Niedawno miałem okazję usłyszeć wypowiedź niechrześcijańskiego muzycznego prezentera muzycznego (didżeja), który swoją profesję przedstawił jako misję wpływania na gusty muzyczne młodego pokolenia.

Jakże często my, chrześcijanie jesteśmy obojętni w dziedzinach, w których świat ma swoich proroków i narzuca nam oraz naszym dzieciom świecki sposób myślenia. Co więcej, traktują oni swoją profesję jako swego rodzaju misję wpływania na umysły dzieci i młodzieży z naszych zborów. Owi prorocy już nie chodzą w religijnych szatach i nie używają religijnego słownictwa, ale ubierają się w luźne ciuchy, potrafią grać na gitarze, rymować, obsługiwać samplery, mają szybkie auta i lubią obrażać innych. Wmawiają nam np., że współczesna sztuka i pop-kultura są neutralne światopoglądowo. My zaś, zamiast czujnie nasłuchiwać, jakie treści są komunikowane chociażby podczas przesłuchiwania radiowej Listy Przebojów lub filmu z Robertem De Niro dajemy się nabierać na opinie współczesnego pokolenia że wszystko w sztuce jest kwestią subiektywnego gustu.

Zdarza się nawet, że potem chrześcijańscy przywódcy (a także członkowie zboru) przenoszą ten sposób myślenia do kościołów nauczeni przez niechrześcijańskich wykonawców, bohaterów filmów akcji, speców od efektów specjalnych i współczesnych iluzjonistów, że przecież te rzeczy mogą sprawić, że nasze dzieci i młodzież nie odejdą do świata, a może nawet kogoś przyciągną z ulicy do kościoła. Pytanie jednak, czy to wciąż będzie szybsze bicie serca na słowo „Jezus", czy na hasło: „Ale tam jest czadowo!"

Kto wychowuje nasze dzieci?

Wielu rodziców myśli, że wychowuje swoje dzieci. Jeden ze znanych publicystów „Newsweeka" i „Najwyższego Czasu!", Rafał Ziemkiewicz napisał: „Myślicie, że wychowujecie swoje dzieci? Myślcie tak dalej. Jeśli nie będziecie im niczego narzucać, macie szansę zachować to błogie złudzenie jeszcze długo."

Niestety powyższe stwierdzenie jest prawdziwe zarówno w stosunku do niechrześcijan, jak i wielu chrześcijan. Nie powinna nas dziwić niechęć do narzucania dzieciom jakichkolwiek wartości moralnych przez ateistycznych rodziców odrzucających jakikolwiek niezmienny i uniwersalny punkt odniesienia (jakim dla chrześcijan jest Biblia). Kwestionują oni istnienie standardu, który wskazuje na niezmienne definicje dobra, zła, sprawiedliwości, etyki itp. Obojętność, wydawałoby się, jest naturalnym i logicznym rezultatem ich niechrześcijańskich założeń. Na szczęście nie wszyscy z nich są w swoich założeniach konsekwentni, stąd często możemy spotkać tzw. „moralnych ateistów", którzy mogą nas, wierzących, często zawstydzać swoją postawą wobec chociażby wychowania dzieci i młodzieży.

Niestety, w wielu kościołach zdarza się, że rodzice bronią się przed wychowywaniem i uczeniem swego dziecka chrześcijańskiej wiary jako jedynej prawdy dającej prawdziwe życie. Popełniamy błąd sądząc, że zadaniem rodziców i kościoła jest jedynie stwarzać dzieciom dogodne warunki, sprzyjające owej decyzji i w cichości na nią oczekiwać. Czy nie zdarzyło nam się powiedzieć lub usłyszeć podobne słowa: „Jakże mogę narzucać swojemu dziecku wiarę w Jezusa?! Niechże samo wybierze, co jest dla niego właściwe. Gdy osiągnie pełnoletność, samo za siebie zadecyduje."

W pewnym sensie jest to prawdą. Ale jedynie w tym znaczeniu, że człowiek sam za siebie decyduje i każdy sam za własne decyzje poniesie konsekwencje na Bożym sądzie. Jednakże nasze decyzje zawsze mają jakieś podłoże. Są podejmowane na podstawie naszej wiedzy, przykładu innych, wychowania, ćwiczenia w samodyscyplinie itp. Nic nie dzieje się w próżni, w odizolowaniu od warunków, w których wzrastamy, dojrzewamy i żyjemy.

Jeśli mówimy: „Mojego dziecka nie muszę uczyć chrześcijaństwa, jeśli Bóg zechce, zbawi je, kiedy chce i jak chce" lub: „To powinna być świadoma decyzja mojego syna lub córki, niczego nie będę wymagał ani narzucał", to nie łudźmy się , że owa decyzja kiedykolwiek będzie miała miejsce. Jeśli rodzice nie będą dzieciom niczego narzucali (bo "przecież samo wie lepiej co jest dla niego dobre"), zrobią to specjaliści od reklamy, twórcy gier komputerowych, wydawcy czasopism młodzieżowych lub współczesnych filmów ociekających seksem i przemocą. Czasami nawet bezsilna niezgoda na coś jest lepsza niż akceptacja nieświadomego nasiąkania niechrześcijańską propagandą przez młode pokolenie.

Każdego dnia dzieci i młodzież są poddawani niechrześcijańskiej propagandzie i manipulacji. Przed każdą dobranocką lub kreskówką w krótkich spotach robi się pranie mózgu dzieciom. Każda niechrześcijańska piosenka, film i gra komputerowa jest nośnikiem jakiejś ideologii.

Oczywiście, nie chodzi o to, by zabraniać dzieciom i młodzieży chodzić do kina lub słuchać niechrześcijańskich wykonawców, jednakże musimy nauczyć się czytać, oglądać filmy, słuchać muzyki, nanosząc biblijne spojrzenie na wszystko, z czym mamy do czynienia. Musimy tego uczyć nasze dzieci, zamiast wystawiać je na podmuchy herezji, nie zdając sobie sprawy, że tracą w ten sposób biblijną ostrość patrzenia na świat. Jak napisała Nancy Wilson: „Zarówno rodzice, jak i dzieci muszą nauczyć się myśleć po chrześcijańsku. Kiedy czytamy, musimy ciągle zadawać sobie dwa pytania: Co mówi autor? oraz: Czy to prawda? Wcale nie trzeba wysiłku, by ulec wpływom i zacząć myśleć jak niewierzący naturalista i nie zdawać sobie z tego sprawy."

Współczesnym wydawcom filmów, gier, reklam, czasopism oczywiście wcale nie zależy, aby nasze dzieci (i młodzież) były pobożne, mądre lub zdrowe. Trudno tego od nich wymagać. Chodzi oczywiście o zysk, by sprzedać jak najwięcej produktów firmy dla której pracują. Młody człowiek (a już szczególnie dzieci) ma małe szanse, by obronić się przed umiejętną reklamą, tym bardziej, że serwują je ludzie, od których wymaga się skuteczności w swojej dziedzinie. Wiedzą o tym chociażby przywódcy sekt, którzy żerują na naiwności młodych ludzi, czarując ich „świeżym spojrzeniem", pseudo-duchowością i krytyką przestarzałych form podczas nabożeństw. Żerują na tym także producenci reklamówek dla dzieci, a szukając przykładów na naszym podwórku - ludzie pragnący zrewolucjonizować, „ożywić" chrześcijaństwo zaczynając od „młodzieżowego czadu" na niedzielnych nabożeństwach, a kończąc na opisach współczesnych wskrzeszeń.

Oczywiście, nie zawsze zło jest zapakowane w pudełku z napisem „coś złego". Wręcz przeciwnie. Jest zdobione różem, serduszkami, wolnością, luzem i uśmiechem. Mówi się, że jeśli już chcemy, by nasze dzieci miały być przed czymś chronione, to tylko przed ojcowskim klapsem.

Czy np. orientujemy się, w co pod wpływem reklam i kolorowych gadżetów grają młodzi ludzie, co oglądają, co czytają i czego słuchają? Czy w ogóle nas to interesuje? Przecież w pewnym sensie ktoś z nas zdejmuje ciężki obowiązek zajmowania się nimi. Łatwiej jest dać kieszonkowe na dyskotekę lub kino niż wspólnie poczytać Biblię, pomodlić się czy zagrać w rodzinnego „Chińczyka".

Uprawianie ogrodu

Mając postawę niechęci narzucania naszym dzieciom czegokolwiek – będąc konsekwentnym – nie powinniśmy narzucać im, by piły soczki owocowe, będąc małymi berebciami, nieco później nie powinniśmy narzucać im, by jadły zupkę lub tarte jabłko „za mamusię" i „tatusia", zaś gdy podrosną nie powinniśmy im narzucać chodzenia do szkoły, uczenia się i mówienia do obcych „dzień dobry" lub „przepraszam". Bo czyżbyśmy nie szanowali ich wolności, ich stanowczego „nie chcę!"? Jednakże gdy dziecko mówi: „Nie wypiję soku!" rzadko kiedy zgadzamy się na to i staramy się jak możemy, by jednak wypiło, wiedząc lepiej, że jest to dla niego dobre. Jednakże gdy przychodzi do spraw najważniejszych, spraw życia i śmierci, spraw wieczności i zbawienia, to milcząco czekamy na „świadomą decyzję" pójścia za Jezusem, zamiast od maleńkości wdrażać chrześcijańskie prawdy i ewangelię o zmartwychwstaniu Jezusa, oczekując, że już od momentu, gdy nauczy się mówić, będzie się z nami modliło do „Pana Jezusa".

Przykład mamy w Loidzie i Eunice (babce i matce Tymoteusza), które dzięki własnemu przykładowi i „narzucaniu wiary" pomogły Tymoteuszowi od dzieciństwa znać Pisma Św. (2 Tym 1:5, 2 Tym 3:15). Rodzice w Starym Testamecie mieli za zadanie wychowywać w karności dla Pana swoje dzieci, co oznacza, że nie pozostawiano dzieciom możliwości wyboru bóstwa które chciałyby wyznawać. Miały zaś być uczone od samego początku (odkąd przyszły na świat) chrześcijańskiej wiary i chrześcijańskiego życia.

Nie łudźmy się, gdy nie mamy z naszymi rodzinami (m.in. z dziećmi) czasu codziennej modlitwy, lub czasu codziennej społeczności - nie bądźmy wówczas rozczarowani, że wolą wybrać drogę lansowaną przez codzienne reklamy, filmy i codzienną „„ewangelizację" niechrześcijańskich rówieśników. Ponosimy po prostu konsekwencje własnych działań, a właściwie ich braku.

Jeśli nie będziemy uczyli dzieci chrześcijańskiego zachowania już od maleńkości lub w pewnym momencie zaprzestaniemy to robić - one wciąż będą się uczyć, jednakże zachowania i światopoglądu wrogiego chrześcijaństwu. Nie ma nigdzie światopoglądowej neutralności. Umysł dziecka jest jak ogród. Jeśli my go nie odchwaścimy, nie wypielęgnujemy, nie posiejemy i nie podlejemy – owym ogrodem zajmie się świat, ale w całkiem odmienny sposób. Nie czekajmy więc na 'szczere' nawrócenie dziecka na obozie chrześcijańskim lub na konferencji młodzieżowej (jeśli Bóg tak zadziała, to chwała Mu za to!), bo świat w tym czasie (naszego oczekiwania) będzie wychowywał szczerego ateistę, szczerego materialistę lub szczerze zbuntowanego sceptyka.

Oczywiście, nie powinniśmy zapominać o jednym z fundamentów naszego wyznania, że Bóg powołuje do siebie kogo chce i kiedy chce (Jan 6:44, Dzieje 13:48), co jednak nie powinno zwalniać chrześcijańskich rodziców od trzymania się mocnej nadziei, że Bóg będzie zbawiał dzieci poprzez wierzące rodziny. Jest to niezaprzeczalny fakt, że narodziny w bogobojnej chrześcijańskiej rodzinie (nie wszystkie, niestety, takie są) są szczególnym błogosławieństwem, dostępnym jedynie niektórym. Zanieśmy więc dzieciom i młodzieży skarb w postaci naszego drogiego Zbawiciela, wychowujmy ich dla Niego i swoim życiem na Niego wskazujmy.